,, Zadania nie- potrzebne? ”

Kika lat temu podczas zebrania klasowego zapytałam rodziców o ich opinię na temat zadań domowych. Wszyscy zgodnie odpowiedzieli, że zadania mają a wręcz muszą być zadawane, bo wtedy rodzic wie czego dziecko dokładnie się uczy i w jaki sposób mu ta nauka wychodzi albo do głowy wchodzi. Przy propozycji, że zadania domowe mogą być odrabiane z pomocą nauczyciela w szkole część rodziców stanowczo powiedziała, że dziecko ma trenować w domu przy ich własnym wsparciu. Dla wielu z nich takie zadanie to przede wszystkim nauka obowiązkowości, planowania, odpowiedzialności i ponoszenia konsekwencji za nieprzygotowanie się do zajęć. Dodam, że była to spokojna rozmowa w dość kameralnym gronie, gdzie wszyscy mogliśmy wymienić się opiniami na temat, który był dla nas ważny dokładnie osiem lat temu, kiedy wspólnie pracowaliśmy nad koncepcją szkoły. Nikt nie forsował swojego pomysłu ale każdy mógł opowiedzieć o swojej perspektywie, potrzebach, obawach i trosce o własne dziecko, które rodzic zna najlepiej. Nie oceniałam żadnego z pomysłów i wówczas nie przyjęłam gotowego rozwiązania, antidotum na wszystko. Bez determinacji i stanowczego trzymania się swoich poglądów, kiełkujących trendów, teorii pozwoliłam żyć i dorastać szkole, której społeczność mogła i może dojrzewać do nowego etapu. Przyjęłam czas za sprzymierzeńca w procesie budowania wzajemnego zaufania, poczucia bezpieczeństwa wszystkich, którzy taką społeczność tworzą – uczniów, rodziców i grona pedagogicznego. Bez zbędnego bum … bez głośnego przekonywania się czyja koncepcja jest lepsza, bez udowadniania sobie kto z edukacyjnymi trendami jest bardziej do przodu. Nie mam w sobie takiej potrzeby, aby pisać i przekonywać, że moja racja jest lepsza, jedyna i sprawiedliwa.

Po tych paru latach zrozumiałam, że nie chodzi o to, aby ciągle mówić, że ,,młotek” jest zły, bo można się nim skrzywdzić lub kogoś uderzyć, ewentualnie zniszczyć coś dobrego i pożytecznego. Nie chodzi także o to, że bez młotka żyć się nie da – bo zawsze był, jest i być musi. Jestem raczej zdania, aby zrozumieć kiedy takie narzędzie jest potrzebne i nauczyć się je mądrze wykorzystywać, tak aby nie tłuc nim gdzie i kiedy popadnie.  Kiedy usłyszałam od nauczycieli, że rodzice podczas zebrań są podzieleni w sprawie zadań domowych i mają taką grupę, która nie wyobraża sobie szkoły bez testów, klasówek i dodatkowych zadań zapytałam o ich przekonanie na ten temat. Co wy z tym na co dzień robicie? Gdzie leży wasz problem? No bo chyba nie w rodzicach skoro w klasie macie i tych, którzy zadań nie chcą i takich, którzy ich potrzebują?  Padają różne odpowiedzi dotyczące tego, że nauczyciel nie może zdążyć z realizacją programu na lekcji, więc zadaje dodatkowe strony w ćwiczeniach do domu; że obawia się niezrealizowania podstawy programowej, negatywnej opinii rodziców na temat swojej pracy, słabych wyników i zarzutów, że nie był odpowiednio wymagający w stosunku do swoich uczniów, że bez odpowiedniej dyscypliny i struktury wprowadza się chaos do nauczania. Dowiedziałam się, że młotek musi być. Dlaczego? Bo jest młotkiem – mam młotek jestem silniejszy, mam przewagę. Metafora młotka wzięła mi się z rozmowy z jedną z nauczycielek, która z kolei odnosiła się do testów i wszelkich form sprawdzania wiadomości dzieci. Uznała je za zbyt stresujące, napawające dzieci niepotrzebnym lękiem, poczuciem bycia ocenianym, sytuacją, z którą dzieci generalnie sobie nie radzą. Zapytałam wówczas, skąd w niej przekonanie, że dzieci sobie z takimi sytuacjami nie radzą i wszystkie tak samo je przeżywają? Nie odpowiedziała. Dowiedziałam się, że młotek jest z reguły zły i niebezpieczny. Lepiej przed nim chronić. W takim razie co z nim zrobić?

Powiem szczerze nie wyobrażam sobie, aby nauczyciel zadawał zadania domowe, po to by zdążyć z realizacją materiału, bo na lekcji nie wyrabia. Dlaczego wówczas dziecko ma nadrabiać i ,,wyrabiać” w domu za swojego nauczyciela? Nie wyobrażam sobie również takiego działania na skutek jakiejkolwiek presji ze strony rodziców czy grona pedagogicznego i nie mogę wyobrazić sobie także takiej sytuacji, że robi to dlatego, aby udowodnić sobie, że wymagającym nauczycielem jest i być powinien. Wyobrażam sobie natomiast, że nauczyciel wraz z początkiem roku szkolnego planuje proces nauczania w swojej klasie, sporządza diagnozę i jeśli zadaje dodatkowe zadania to wie z czego takie działanie wynika i jaki ma cel. Nie dla wszystkich i nie równo – tak się mówi o indywidualizacji nauczania. Nie można jednak powtarzać modnych haseł, jeśli nie podejmuje się działań zmierzających do ich urzeczywistnienia. Po sporządzeniu diagnozy, planu i dobrej obserwacji uczniów może się okazać, że Marysia wykona dodatkowy projekt rozszerzający temat , a Jaś będzie potrzebował systematycznych powtórek i konsekwentnego treningu zadań przerabianych na zajęciach. Nie dla zasady ale z myślenia o procesie dydaktycznym, umiejętności zaplanowania go, świadomej i uważnej realizacji oraz umiejętności przeprowadzenia autoewaluacji. Wówczas fakt posiadania młotka lub jego braku przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, a wyrazu nabiera pomysł, sposób, cel, a w tym wszystkim umiejętność komunikowania uczniom i ich rodzicom dlaczego to robię i w jaki sposób zamierzam dany efekt osiągnąć. Narzędzia dobiorę odpowiednie – proszę mi zaufać.

Będąc w szkole w Finlandii obserwowałam lekcje j. obcego prowadzoną przez nauczycielkę o imieniu Marie. Zajęcia trwały 45 minut a przez pierwszych dwadzieścia Marie poprosiła, aby dzieci między sobą sprawdziły odrobione zadanie domowe. Uczniowie wzajemnie siebie pytali, pomagali sobie, jeśli mieli większe wątpliwości prosili o pomoc Marie, która spokojnie im tłumaczyła i odpowiadała. Następnie Marie wyjaśniła zaplanowany temat lekcji i zadała krótkie zadanie do domu. W rozmowie po przeprowadzonych zajęciach opowiedziała o obserwacjach, które sporządza podczas grupowej pracy uczniów nad zadaniem domowym, co stanowiło dla niej wstęp do kolejnego tematu. Patrzy w jaki sposób dzieci się zachowują, komunikują się, proszą o pomoc, udzielają się, zgłaszają potrzeby, zadają pytania i rozwijają ciekawość w podjętym temacie. Taki pomysł miała – tak go przyjęłam. Z jednym z chłopców prowadziła tzw. zajęcia wyrównawcze, podczas których poświęcała mu więcej uwagi w przerabianym materiale. Niedawno dołączył do klasy, potrzebował więcej pracy i pomocy w adaptacji do nowych warunków. Czasami wystarczy spędzić z nim 15 minut dodatkowo i porozmawiać o tym co sprawia mu trudność, a co już opanował, jak czuje się w klasie, w które zadania wkłada więcej wysiłku. Taka rozmowa raz w tygodniu pozwala dobrze poznać nowego ucznia. Wiem, że jest bardzo nieśmiały – nie wyrywam go do odpowiedzi opowiadała Marie. To było istotą jej nauczania. Zadawać -nie zadawać, zapytać – nie pytać, testować – nie testować miało drugorzędne znaczenie, bo w bezpiecznej relacji uczeń zna cel i intencje zachowania nauczyciela. Dlatego być może zamiast skupiania się na pytaniu czy dane narzędzie jest złe lub dobre warto odpowiedzieć sobie czy chcę i potrafię je używać w odpowiedni sposób bez względu na to czy nauczam w szkole tradycyjnej lub szkole demokratycznej, w Polsce czy jakimkolwiek innym miejscu na Ziemi.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *